[ XII ] Maturalny półmetek…
Nadszedł maj, zakwitły kasztany. Nieodmiennie to oznacza rozpoczęcie egzaminów maturalnych. W tym roku jedną z 443 061 osób przystępujących do matury jestem ja. Jak sam tytuł wskazuje, zaliczyłam już połowę egzaminów, do których przystępuję. Za sobą mam pisemne egzaminy z języków: polskiego i angieskiego oraz ustny egzamin z angielskiego. Z tym, że na razie na 100 % pewna jestem zaliczenia angielskiego i znam dokładny wynik z części ustnej. Oto moje wrażenia z poszczególnych etapów zmagań
* język polski pisemny, poziom podstawowy
Moim zdaniem był to prosty arkusz, prostszy nawet od próbnej. Tekst i pytania w części czytania ze zrozumieniem ciekawe, nietrudne. Tematy wypracowań nie takie złe. Chociaż moim zdaniem fragmenty do tematu dotyczącego “Pana Tadeusza” nie były najlepiej dobrane. Trochę musiałam się namyśleć nad wyborem tematu na swoje wypracowanie, które w końcu pisałam na podstawie fragmentu “Chłopów”. W sumie nawet nie znając dobrze lektur, umiejąc czytać podany fragment, napisałoby się.
* język angielski pisemny, poziom rozszerzony
Spodziewałam się czegoś much more trudniejszego. Z zamkniętych pytań mam już ponad połowę możliwych za cały egzamin. Z I arkuszem uporałam się już w godzinę
I moim zdaniem, powinni zamienić kolejność arkuszy. Napierw słuchanie/czytanie/rozpoznawanie struktur leksykalno-gramatycznych a potem stosowanie struktur leksykalno-gramatycznych/wypracowanie. Pisałam rozprawkę – o dziwo mi temat na opowiadanie nie przypadł do gustu. Za to rozprawka była wręcz idealna – bez zbytniego lania wody czy skracania tekstu napisałam kilkanaście słów ponad 250. Czyli w sam raz, nawet aż nadto
* język angielski ustny, poziom podstawowy
Łatwo, gładko i przyjemnie. Dzisiaj zaliczałam, weszłam sporo wcześniej niż miałam zapisane. Znam już wyniki – 18/20 pkt. Scenki i obrazek przystępne i praktycznie zero stresu. Poszło wszystko szybko i przyjemnie
Tak więc trzy egzaminy mam z głowy. Jeszcze trzy: ustny polski, pisemna matematyka i pisemna informatyka. Ale coraz bliżej końca. A potem czekanie na wyniki. A teraz coś dla relaksu:
[ XI ] Magia nocy, urok dnia. Niemal-że-wiosna.
Spacer w blasku dnia. Niemal czuć w powietrzu wiosnę, oszałamiającą mocą, pięknem, tętniącą młodością i życiem. Upajanie się atmosferą chłodnej nocy lutowo-marcowej. Czy długa rozmowa w ciemnym pokoju dopóki sen nie zmorzy. Cudowne chwile, prawda?
Zadziwiająco wcześnie w tym roku ogarnęła mnie wiosenna euforia Zwykle w okolicach przełomu marca i kwietnia, gdy tylko zacznie robić się cieplej, śnieg zacznie topnieć a świat budzić do życia pojawia się takie niesamowite uczucie. Cała rzeczywistość tętni wolą życia, przetrwania, czerpania pełnymi garściami tego, co los daje. I trochę ów nastrój mi się udziela. I to nie jest zwykła wiosenna, szalona radość. Raczej poczucie niezwykłej siły budzącej się przyrody, świadomości własnych możliwości. Dlatego mimo tego, że lubię jesień i zimę, to z radością oczekuję początku wiosny. Mogę wtedy nałapać trochę promieni ciepłego, acz nie palącego jeszcze słońca. Mimo tego, że zdecydowanie wolę noc niż dzień to czasem potrzebuję światła i ciepła słonecznego, przyjemnego, lekkiego wiatru, wędrówki do lasu. Nie trawię za to upałów, dlatego latem wolę albo taplać się w chłodnej wodzie, albo skryć się przed skwarem we własnej “krypcie”.
Z chęcią zmieniłabym to, że człowiek musi spać. I dzień i noc mają swój urok. Magia spokojnego wieczoru z książką w ręce, muzyką, ciepłą herbatą, przegadana z fantastyczną osobą noc, urokliwy świt, dzień pełen wrażeń, przygód, rozmów, wędrówek. Bo każda chwila dnia ma swój urok, magię i niezwykłość. Trzeba tylko to dostrzec.
[ X ] Moje miasta vol I
Wstęp
Miasteczko to jest niewielkie. Od roku mego urodzenia posiada prawa miejskie (acz chodzą słuchy, że korzystniej byłoby bez nich egzystować lat kilka lub naście). Burmistrz ostatnich dwóch kadencji zrobił jednak całkiem sporo.
Historia
Początki osady datowane na wiek XIII. Do II wojny światowej własność prywatna w rękach szlacheckich. Od końca XIX wieku rozwój kolei, po wojnie Fabryka powstała. I tak rozwinęła się nowocześniejsza część Miasteczka, w której mam (nie)przyjemność zamieszkiwać.
Las
Spory teren zadrzewiony, niedaleko Miasteczka. Rzekoma siedziba kultów satanistycznych – autorka jednakże żadnych śladów owych kultów nie odnalazła. Na wyprawę pieszą rezerwować trzy godziny przynajmniej. Genialny zwłaszcza w zimowe przedpołudnie, gdy się zgubi ścieżkę
Osiedle I
Położone na skarpie, skąd oficjalna nazwa. Dużo interesującej, rdzennej ludności. Jednakże ze względu na nierówności terenu zwiedzać nie polecam
Osiedle II
Tu mieszkam. Młodsze od Osiedla I, sporo mieszkańców pracuje w Fabryce. No i osiedle to ma księgarnię, kościół, inne obiekty nie będace w posiadaniu Osiedla I.
Ostatni Przyjazny Dom
Dom ów stoi tuż przy wyjeździe z Miasteczka, co czyni wyprawę do niego małą zagwozdką logistyczną. Miejsce wieczorków filmowoweekendowych. Można naładować akumulatory na cały tydzień, lub odstresować się po dniach minionych.
Szkoła
Tutaj chodziłam od drugiej klasy podstawówki do III klasy gimnazjum. Czas dziwny, acz potrzebny. Ludzie byli interesujący, z niektórymi spotykam się nadal na wieczorkach filmowych. Beztroskie czasy dziecięctwa.
Kompleks Rekreacyjno-Turystyczno-Sportowy
Kąpielisko, kort, stadion, scena, skate park, plac zabaw. Urocze miejsce acz rzadko bywam. Miejsce okolicznych festynów. Ale czasami urzeka spokojem i cichością, gdy pewnego zimowego wieczora się tam zajrzy
Dworzec PKP z przyległościami
Okno na świat. Stąd się wyrusza w (nie)dalekie podróże transportem publicznym. Tu się wraca. A na okolicznym przystanku czekam na busa, co zawiezie mnie do placówki edukacyjnej.
Dom Kultury
Tu znajduje się dla mnie serce Miasteczka – biblioteka. Czasem jakieś przedstawienie, film, wystawę. I zajęcia dla młodszych i starszych mieszkańców Miasteczka. Praktycznie jedyna rozrywka poza włóczeniem się po ulicach pogrążonych w mroku/śniegu.
Zakończenie
Miasteczko to niby taka zwyczajna mieścina gdzieś w południowo-wschodniej Polsce. Ale w sumie tu przeżyłam ciut ponad dziesięć lat żywota mego. Sentyment zawsze pozostanie.
[ IX ] Wigilijnie
Jako, że dziś Wigilia wypada złożyć świąteczne życzenia. Życzę więc:
- spokojnie przeżytych dni świątecznych
- zasłużonego (lub nie) odpoczynku
- smacznych potraw na stole
- ciekawych życzeń
- udanych prezentów danych i otrzymanych
- przyjemnego zakończenia roku 2008
I byle do pierwszej gwiazdki
[ VIII ] Zimonocnie, pamiętnikowo, świątecznie
Zima rozpoczęła się już na dobre. Jest mroźno, genialnie, ale bezśnieżnie. Powietrze przejrzyste, ostre, orzeźwiające. Dość przydatny budzik, gdy z domu wychodzi się czasem jeszcze zanim zacznie świtać. Na szczęście od kilku dni mam wolne świąteczne, które pożytkuję na:
- lenistwo ogólne, przejawiające się przesunięciem godzin funkcjonowania na późniejsze znacznie
- nicierobienie szczegółowe – unikanie zbliżania się do podręczników szkolnych i zeszytów wszelakich, co wywołuje przytłumione dobrze wyrzuty sumienia z powodów zalegających stosów prac domowych i konieczności nauki maturalnej
- czytanie wszystkiego co w łapki mi wpadnie i wyrabianie całej grudniowej normy czytelniczej
- łażenie to tu, to tam, najczęściej w okolicach okołozmrokowych
- siedzenie z pamiętnikiem własnym do pierwszej godziny nocnej
- słuchanie na okrągło kilku płyt
Najgenialniejsze są godziny nocne spędzone z zapisanym do połowy zeszytem A5 w kratkę. Na okładce zbliżenie na partię szachów, w łapkach pioro/długopis/cienkopis/pisak/ołówek/kredka do oczu (tego jescze nie próbowałam ^^”) i spisywanie swoich myśli. A że działa magia mroczniejszej części doby to i przemyślenia czasem ciekawe wychodzą. Zwłaszcza, jak czyta się to po śnie kilkugodzinnym. Dlatego nigdy nie spalę tych kilku(nastu) zapisanych zeszytów, nawet jakbym chciała. Bo czasem miło jest wrócić do czasów jak miało się lat dwanaście i pół, trzynaście, czternaście… I powspominać. Bo to fajne czasy były.
Jutro Wigilia. Nawet lubię Święta. Tak miło jest, chociaż czasem tak sztucznie, że aż szkoda pisać. Ale przynajmniej trochę wolnego jest ^^ I byle do 28.
Plany przedświąteczne:
- by jakoś przeżyć te dni
- nie przejeść się
- nadrobić czas, którego w normalnym okresie nie ma
- w znośnej formie przetrwać do nowego roku
- i wiele innych
Do następnej notki
[ VII ] Tragifarsa busowa jednoscenowa
Uwaga:
Scena miała naprawdę miejsce. Acz opis dokładniejszy charakteru i kwestie mogą być nie w pełni dosłownie. Zawodna pamięć ludzka…
Osoby:
A – blondynek, wysoki dość, wygadany, szczery do bólu, nie przejmujący się niczym i nikim, lat około 17
B – czarnowłosy, zbliżonego wzrostu do A, mniej wygadany, rozsądniejszy (?), acz nie do końca, zdaje się od czasu do czasu przejawiać procesy quasimyślowe, lat około 17.
Ona – dziewczyna, związana z B, nic więcej nie wiem o tej personie
Scena I i ostatnia
A i B wsiadają do busa, widać, że nie do końca są świadomi tego, co wokół się dzieje na skutek zbyt dużego spożycia pewnych substancji. Rozsiadają się wygodnie na końcu busa, zmierzającego w stronę S. Gadają o niczym, słuchają dość lekkiej muzyki współczesnej puszczanej z komórki A. Spokojnie poddają się ruchom pojazdu. Nagle dzwoni komórka osobnika B.
B (odbierając komórkę mówi do A)
Ona
(zaczyna rozmowę z Nią, do telefonu, lekko chwiejnym głosem zdradzającym stan osobniczy)
Ale nie piłem, kochanie.
(słucha)
Nie, nie piłem. Byłem z mamą na zakupach i wracam właśnie do S.
(chwilę jeszcze rozmawiają w podobnym tonie, ale Ona rozłącza się)
A
Nie kupiła?
B
Nie. ***
(po chwili przychodzi sms od Niej)
Zerwała. Zerwała ze mną.
A (starając się pocieszyć B)
Za dwie godziny jej przejdzie. Jeżeli nie, to załatwię ci inną.
B
Ale ją kocham.
(Po jakimś czasie oboje się wytaczają chwiejnym krokiem z busa)
Komentarz N.:
Hm… Ciekawe, jakie będą ich losy. Czy B. się nawróci na dobą stronę mocy? Czy odzyska Ją? Czy A kiedyś zmądrzeje? O tym w następnym odcinku, któy ukaże się 32 maja 2035 roku. Dziękuję za uwagę.
[ VI ] Krakowska wyprawa, czyli Niko w wielkim mieście vol. 2
Jak sam tytuł wskazuje, dziś czas spędzałam w tym lekko zakorkowanym, magicznym, cudownym i uroczym Krakowie. Wyprawa ukierunkowana była raczej zakupowo: ja polowałam na książkę, rodzicielka na ciuchy i kosmetyki. Przy okazji miałyśmy zrobić ogólnospożywcze zakupy do domu. Tata miał załatwić coś na mieście i przyjechać po nas, więc nie musiałyśmy się martwić o transport naszych zakupów z Krakowa. Lecz zacznę może od początku.
Po półtoragodzinnej (korki) podróży zostałyśmy wysadzone tuż pod Galerią Krakowską i zostawione na pastwę zakupów. Mimo prób przeforsowania odwiedzin w Empiku jako pierwszego punktu naszej wyprawy musiałam zwiedzić wszelkie piętra GK i zajrzeć do kilku sklepów ciuchowych, w których i tak nic nie było. W końcu odnalazłyśmy Epik, a ja zaczęłam przeszukiwać półki w poszukiwaniu upatrzonej książki, by odnaleźć kilka(naście) egzemplarzy opatrzonych tytułem „Wampir Vittorio”. Z tomem w łapkach wypatrywałam w tłumie ludzi mej rodzicielki, gdyż to ona miała wszelkie fundusze przeznaczone na zakupy. Po nabyciu „Vittoria” udałyśmy się na dalsze zakupy. W międzyczasie obserwowałam mijających mnie ludzi. Cóż, nie ma chyba ciekawszego miejsca do obserwacji homo sapiens sapiens niż wielkie centrum handlowe w sobotnie długoweekendowe popołudnie, niemalże wieczór. Można było przebierać w płci, wieku, stylu ubierania się, zachowaniu i innych czynnikach. Nic, tylko obserwować, starać się odgadnąć charakter, zamierzenia, plany, marzenia… I prowadzić z ukrycia badania pseudosocjologiczne.Bo ludzie są ciekawym obiektem obserwacji i badań wszelakich.
Podsumowując: wyprawa zaliczona do udanych. Obserwacje poczynione, książka zakupiona. Ale dobrze też jest wrócić do siebie, do GG, własnej przestrzeni…
Niech żyje Kraków.
[ V ] Kroniki III „a” – odcinek I
Data: 16 X 2008 r.
Lekcja 1 – wolna.
Czas albo spędzany w domu, albo na czytelni, jeżeli komuś chciało się przyjechać na 8:00. Przez narratorkę czas przeznaczony na szybką powtórkę materiału z historii. Przez innych na spanie, dojazd do szkoły, obgadywanie znajomych, spotkania towarzyskie. Nic nadzwyczajnego.
Lekcja 2 – angielski/niemiecki
Narratorka brała udział w angielskim. Kartkówka ze słówek. Łatwa nawet. Potem nastąpiła schizma – narratorka zajęła się przekształcaniem zdań, mających wbicie do jej mózgu nowej struktury gramatycznej zagrożonej pojawieniem się na maturze/olimpiadzie. Reszta klasy zajęła się pisaniem reklamacji. Oczywiście po angielsku. Co robiła grupa niemiecka – tylko oni wiedzą.
Lekcja 3 – historia
Zmora dnia dzisiejszego. Klasówka obejmująca dwudziestolecie międzywojenne i kampanię wrześniową. O dziwo, zrobiła dwie grupy, a nie jak ma w zwyczaju sześć. Może wpływ pracowni francuskiego, w której pisaliśmy… W każdym razie jeden chłopak przyłapany został na posiadaniu ściągi jeszcze zanim podyktowała pytania. Reszta nieźle nawet się kryła. Napisaliśmy i zaczęliśmy temat o roku 1940. Cóż w nim się działo… Zainteresowanych odsyłam albo do podręcznika historii albo na wikipedię.
Lekcja 4 – religia
Kolejna kartkówka. Do której i tak się uczono na przerwie. Albo przygotowano wcześniej odpowiednie pomoce. Nie obyło się bez pytania. Reszta zleciała na: słuchaniu wykładu o związku między dwojgiem ludzi, spisywaniu pracy domowej z WoSu czy zajęciach własnych. Nic nadzwyczajnego.
Lekcja 5 – WDŻR w zastępstwie za polski
Uznana za najbardziej interesującą tegoż dnia. Zajęcia z nauczycielką PO, z którą normalnych lekcji już nie mamy. Więc pół godziny minęło na wspominaniu I i II klasy, sprawdzaniu obecności i uspokajaniu klasowego ludu. Mały zapis dialogowy:
Udział biorą: Chłopiec, Tłum, Nauczycielka
Chłopiec (szukając czegoś): Kto mi zwinął telefon?
Tłum: W kieszeni masz
Chłopiec: Nie ma!
Tłum: W kieszeni
Chłopiec (szukając po kieszeniach): Ale to są zapałki!
Nauczycielka (stoi przed nim i bez słowa spogląda na Chłopca)
Tłum (śmieje się)
Parę innych możnaby przytoczyć, lecz pamięć ludzka zawodna jest. Reszta czasu minęła na rozmowach o antykoncepcji, przerywanej śmiechem braci klasowej.
Lekcja 6 – WoS
Prowadzone przez Historycę, głównie minęły na omawianiu szczytu UE w Brukseli oraz innych bieżących wydarzeń. Oraz na: pisaniu notatki o walce z korupcją, o sędziach, adwokatach, notariuszach i radcach prawnych. Umilana była wyjątkowo dobrym humorem klasowego kolegi. Cytatów nie przytoczę.
Lekcja 7 – francuski/angielski
Narratorka uczestniczyła w lekcji francuskiego. Minęła ona na oglądaniu filmu o Edith Piaf i myśleniu o końcu zajęć. A także zbliżającym się wielkimi krokami weekendzie. Słuchy chodzą, że druga grupa miała w tym czasie kartkówkę… Po dzwonku upragniona wolność.
[ IV ] Kielecka wyprawa, czyli Niko w wielkim (małym?) mieście…
Wiem, może Kielce niekoniecznie aspirują do miana metropolii czy ultranowoczesnego miasta, ale ważne powody pseudoedukacyjne spowodowały, iż w piątek spędziłam w tym obiekcie miejskim prawie cały dzień. Przy okazji odwiedziłam też rodziców taty, bedących od wielu, wielu lat obywatelami tego miasta, które także było świadkiem mego urodzenia. Wróćmy jednak do owej historii.
Zbudzona o porze nieprzyzwoicie porannej (czytaj: kilkanaście minut po szóstej), po odprawieniu należnych rytuałów porannych zabrałam się z rodzicielem samochodem, gdyż jadąc do pracy miał mnie podrzucić do celu mej podróży. Małą niedogodnością było to, że jechał z nami mój obiekt bratopodobny, którego mieliśmy po drodze zostawić przed szkołą. Po jakiejś godzinie jazdy zostałam wysadzona na parking koło bloku zamieszkanego przez moich dziadków. Dotarcie na ósme piętro nie sprawiło kłopotów, gdyż winda okazała się całkiem sprawna i niezatłoczona. Po przywitaniu się i wyjaśnieniu, że tata nie wejdzie na górę, gdyż do pracy się spieszy, nastąpiła narada wojenna nad planem wydrukowanym przeze mnie przed wyjazdem.
Tego dnia w Kielcach odbywał się Kielecki Salon Maturzystów, więc po wybraniu interesujących pozycji z planu imprezy, przeanalizowaniu godzin, rozkładu sal i układu gwiazd zdecydowaliśmy się wyjść przed 9:00. Jako, że budynek Politechniki Świętokrzyskiej, w której cały Salon miał się odbyć, położony jest niedaleko bloku dziadków, wybraliśmy się pieszo i na jakieś pół godziny przed planowanym pierwszym wykładem zostałam sama w budynku C PŚ. Pozostały mi czas wykorzystałam na rozejrzenie się po okolicy i zdobycie paru ulotek i gwizdka. Wreszcie rozpoczął się wykład – o maturze z matematyki. Później jakoś wydostałam się z budynku B i przeszłam do C, gdzie miała odbyć się reszta wykładów, na które zamierzałam pójść. Pierwsza była uroczysta inauguracja Salonu i prezentacje AŚ i dawnej Akademii Świętokrzyskiej (noszącej teraz nazwę Uniwersytetu Humanstyczno-Przyrodniczego. Potem wykłady z języka polskiego i języków obcych. Po nich przemknęłam jeszcze szybko po budynku A, zwijając trochę ulotek Politechniki Krakowskiej. Wracając kupiłam w pobliskim sklepie potencjometr, o który zostałam poproszona przed wyjazdem.
Po zjedzeniu obiadu przyszedł czas na kolejną strategiczną wyprawę – zakupy w księgarni językowej. Zrezygnowaliśmy z samochodu, gdyż z przyczyny zamknięcia jednej z ulic na czas remontu pojawiły się korki i koreczki, skutecznie utrudniające jazdę własnym samochodem po mieście. A drobny spacerek nie powinien zaszkodzić… Więc wyposażeni w bilety komunikacji miejskiej wybraliśmy się na przystanek. Wsiedliśmy do pierwszego nadjeżdżającego autobusu zmierzającego w przybliżeniu w stronę księgarni. Po dwóch przystankach czas było wysiąść i resztę drogi przebyć pieszo. Mogłam też na własne oczy się przekonać, że poruszanie się po mieście połączeniem transportu zbiorowego i własnych nóg jest znacznie korzystniejsze niż przejeżdżanie przez centrum własnym pojazdem silnikowym. Wystarczył sam widok korków, zwłaszcza w okolicach sygnalizacji świetlnej. A pogoda była wprost zachęcająca do spacerów – chłodno, ale słonecznie i bezdeszczowo. Po udanym zakupie czas był wracać, by poczekać, aż znajdzie się transport do mego miasteczka.
W końcu wybiło kilka minut po siedemnastej i zostałam od dziadków odebrana i rozsiadając się wygodnie na siedzeniu pasażera pomknęłam do domu. Na szczęście przez miasto prawie nie przejeżdżaliśmy i gdy już zmierzchało zjawiłam się w swym pokoju, wspominając wyprawę minionego dnia.
[ III ] Un bon jour
Tak. Dzisiaj był dobry dzień. Tak dobry, jaki nie zdarzył się od kilkunastu miesięcy. Nie wiem, czy było to zapisane w gwiazdach, czy jakiś zbieg okoliczności wraz z baronem Przypadkiem tu zadziałał, ale dla takich dni warto żyć. Jeśli chcecie, to posłuchajcie.
Pobudka jak zwykle o szóstej. Śniadanie i wielka radość – można jeszcze wrócić do ciepłego i wygodnego łóżka. Słuchanie jak reszta rodzinki się zbiera do szkoły/pracy. Wreszcie, gdy wszyscy wyszli można było powoli i leniwie wstać, przywitać się ze świnką morską i zacząć myśleć o normalnych porannych czynnościach, które przygotować miały mnie do szkoły. Wszystko przy akompaniamencie ukochanej muzyki. Tak mógłby wyglądać każdy ranek.
Pół godziny do dziewiątej. Pora wyjść z domu, by spokojnym krokiem dojść na dworzec PKP. Pierwszy raz od tygodni wychodząc do szkoły widzę słońce. Po prostu cudowny widok. A pani w kasie biletowej nadzwyczaj miła. Dziesięć minut obserwowania ludności zgromadzonej na peronie. Wreszcie nadjeżdża pociąg, wcale nie opóźniony. Nim kwadrans upłynie,będę już w Jędrzejowie, by pomaszerować do szkoły. Tylko na trzy godzinki.
Pierwsza mija pod znakiem lektury. Nie ma to jak brać sobie coś do czytania do szkoły. Prawie kończę “Opowieść Artura Gordona Pryma z Nantucket” z II tomu opowiadań Poego, do czego wybitnie przyczyniło się spędzenie całych czterdziestu pięciu minut na lekturze. Druga to lekcja języka francuskiego. A przed nią spotkanie prawie całej sędziszowskiej paczki z “Reja”. I ganianie po szkole w poszukiwaniu brata. Nie ma to jak przebiec dwa piętra w dół, złapać go, wytłumaczyć, że ma mój zeszyt i poczekać, aż go znajdzie i odda. No i wrócić na swoje piętro. Codzienna dawka wrażeń. Kolejna z lekcji była sensem dzisiejszego pobytu w szkole. Matematyka. Ale z boskim zeszytem do owego przedmiotu nawet nauczycielka, pani profesor K., nie jest straszna. I udało mi się uniknąć pójścia do tablicy. Sukces.
Wreszcie jesteśmy wolni. Nie dość, że koniec lekcji na dzisiaj, to jeszcze rozpoczął się tak upragniony weekend. Przed drugą byłam już w domu. A reszta boskiego dnia minęła mi na katowaniu rodzinki moją grą na gitarze, siedzeniu na GG i ogólnym nie robieniu niczego. W końcu trzeba odpocząć po trudach całego tygodnia. A wolę nie wspominać, co będzie w przyszłym, w którym oceny biednym dzieciaczkom trzeba powystawiać. Przeżyjemy. Eh, optymizm jest zaraźliwy