[ III ] Un bon jour

sobota, styczeń 12, 2008 at 0:38 (Z kronik II "a") (, , )

Tak. Dzisiaj był dobry dzień. Tak dobry, jaki nie zdarzył się od kilkunastu miesięcy. Nie wiem, czy było to zapisane w gwiazdach, czy jakiś zbieg okoliczności wraz z baronem Przypadkiem tu zadziałał, ale dla takich dni warto żyć. Jeśli chcecie, to posłuchajcie.
Pobudka jak zwykle o szóstej. Śniadanie i wielka radość – można jeszcze wrócić do ciepłego i wygodnego łóżka. Słuchanie jak reszta rodzinki się zbiera do szkoły/pracy. Wreszcie, gdy wszyscy wyszli można było powoli i leniwie wstać, przywitać się ze świnką morską i zacząć myśleć o normalnych porannych czynnościach, które przygotować miały mnie do szkoły. Wszystko przy akompaniamencie ukochanej muzyki. Tak mógłby wyglądać każdy ranek.
Pół godziny do dziewiątej. Pora wyjść z domu, by spokojnym krokiem dojść na dworzec PKP. Pierwszy raz od tygodni wychodząc do szkoły widzę słońce. Po prostu cudowny widok. A pani w kasie biletowej nadzwyczaj miła. Dziesięć minut obserwowania ludności zgromadzonej na peronie. Wreszcie nadjeżdża pociąg, wcale nie opóźniony. Nim kwadrans upłynie,będę już w Jędrzejowie, by pomaszerować do szkoły. Tylko na trzy godzinki.
Pierwsza mija pod znakiem lektury. Nie ma to jak brać sobie coś do czytania do szkoły. Prawie kończę “Opowieść Artura Gordona Pryma z Nantucket” z II tomu opowiadań Poego, do czego wybitnie przyczyniło się spędzenie całych czterdziestu pięciu minut na lekturze. Druga to lekcja języka francuskiego. A przed nią spotkanie prawie całej sędziszowskiej paczki z “Reja”. I ganianie po szkole w poszukiwaniu brata. Nie ma to jak przebiec dwa piętra w dół, złapać go, wytłumaczyć, że ma mój zeszyt i poczekać, aż go znajdzie i odda. No i wrócić na swoje piętro. Codzienna dawka wrażeń. Kolejna z lekcji była sensem dzisiejszego pobytu w szkole. Matematyka. Ale z boskim zeszytem do owego przedmiotu nawet nauczycielka, pani profesor K., nie jest straszna. I udało mi się uniknąć pójścia do tablicy. Sukces.
Wreszcie jesteśmy wolni. Nie dość, że koniec lekcji na dzisiaj, to jeszcze rozpoczął się tak upragniony weekend. Przed drugą byłam już w domu. A reszta boskiego dnia minęła mi na katowaniu rodzinki moją grą na gitarze, siedzeniu na GG i ogólnym nie robieniu niczego. W końcu trzeba odpocząć po trudach całego tygodnia. A wolę nie wspominać, co będzie w przyszłym, w którym oceny biednym dzieciaczkom trzeba powystawiać. Przeżyjemy. Eh, optymizm jest zaraźliwy :)

Bezpośredni odnośnik 4 komentarzy