[ IV ] Kielecka wyprawa, czyli Niko w wielkim (małym?) mieście…

niedziela, wrzesień 28, 2008 at 14:53 (Obrazki z życia) (, , )

Wiem, może Kielce niekoniecznie aspirują do miana metropolii czy ultranowoczesnego miasta, ale ważne powody pseudoedukacyjne spowodowały, iż w piątek spędziłam w tym obiekcie miejskim prawie cały dzień. Przy okazji odwiedziłam też rodziców taty, bedących od wielu, wielu lat obywatelami tego miasta, które także było świadkiem mego urodzenia.  Wróćmy jednak do owej historii.

Zbudzona o porze nieprzyzwoicie porannej (czytaj: kilkanaście minut po szóstej), po odprawieniu należnych rytuałów porannych zabrałam się z rodzicielem samochodem, gdyż jadąc do pracy miał mnie podrzucić do celu mej podróży. Małą niedogodnością było to, że jechał z nami mój obiekt bratopodobny, którego mieliśmy po drodze zostawić przed szkołą. Po jakiejś godzinie jazdy zostałam wysadzona na parking koło bloku zamieszkanego przez moich dziadków. Dotarcie na ósme piętro nie sprawiło kłopotów, gdyż winda okazała się całkiem sprawna i niezatłoczona. Po przywitaniu się i wyjaśnieniu, że tata nie wejdzie na górę, gdyż do pracy się spieszy, nastąpiła narada wojenna nad planem wydrukowanym przeze mnie przed wyjazdem.

Tego dnia w Kielcach odbywał się Kielecki Salon Maturzystów, więc po wybraniu interesujących pozycji z planu imprezy, przeanalizowaniu godzin, rozkładu sal i układu gwiazd zdecydowaliśmy się wyjść przed 9:00. Jako, że budynek Politechniki  Świętokrzyskiej, w której cały Salon miał się odbyć, położony jest niedaleko bloku dziadków, wybraliśmy się pieszo i na jakieś pół godziny przed planowanym pierwszym wykładem zostałam sama w budynku C PŚ. Pozostały mi czas wykorzystałam na rozejrzenie się po okolicy i zdobycie paru ulotek i gwizdka. Wreszcie rozpoczął się wykład – o maturze z matematyki. Później jakoś wydostałam się z budynku B i przeszłam do C, gdzie miała odbyć się reszta wykładów, na które zamierzałam pójść. Pierwsza była uroczysta inauguracja Salonu i prezentacje AŚ i dawnej Akademii Świętokrzyskiej (noszącej teraz nazwę Uniwersytetu Humanstyczno-Przyrodniczego. Potem wykłady z języka polskiego i języków obcych.  Po nich przemknęłam jeszcze szybko po budynku A, zwijając trochę ulotek Politechniki Krakowskiej. Wracając kupiłam w pobliskim sklepie potencjometr, o który zostałam poproszona przed wyjazdem.

Po zjedzeniu obiadu przyszedł czas na kolejną strategiczną wyprawę – zakupy w księgarni językowej. Zrezygnowaliśmy z samochodu, gdyż z przyczyny zamknięcia jednej z ulic na czas remontu pojawiły się korki i koreczki, skutecznie utrudniające jazdę własnym samochodem po mieście. A drobny spacerek nie powinien zaszkodzić… Więc wyposażeni w bilety komunikacji miejskiej wybraliśmy się na przystanek. Wsiedliśmy do pierwszego nadjeżdżającego autobusu zmierzającego w przybliżeniu w stronę księgarni. Po dwóch przystankach czas było wysiąść i resztę drogi przebyć pieszo. Mogłam też na własne oczy się przekonać, że poruszanie się po mieście połączeniem transportu zbiorowego i własnych nóg jest znacznie korzystniejsze niż przejeżdżanie przez centrum własnym pojazdem silnikowym.  Wystarczył sam widok korków, zwłaszcza w okolicach sygnalizacji świetlnej. A pogoda była wprost zachęcająca do spacerów – chłodno, ale słonecznie i bezdeszczowo. Po udanym zakupie czas był wracać, by poczekać, aż znajdzie się transport do mego miasteczka.

W końcu wybiło kilka minut po siedemnastej i zostałam od dziadków odebrana i rozsiadając się wygodnie na siedzeniu pasażera pomknęłam do domu. Na szczęście przez miasto prawie nie przejeżdżaliśmy i gdy już zmierzchało zjawiłam się w swym pokoju, wspominając wyprawę minionego dnia.

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy