[ XIII ] Pomaturalnie, niemal studencko, wakacyjnie

środa, lipiec 22, 2009 at 17:20 (Maturalnie, Obrazki z życia, Przemyślenia nocne)

Udało się. Matura zdana całkiem przyzwoicie, rekrutacja zakończona pomyślnie. Od października więc podbijam Politechnikę Krakowską, Wydział Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej. Jeszcze czeka mnie załatwienie akademika i zasłużony odpoczynek :D   A potem, poznawanie nowego miejsca.

Na razie mam wakacje. Praktycznie mogę robić co chcę i kiedy chcę (nie wnikam w bariery takie jak kasa, odległości, sprawy do załatwieni – i tak w wakacje jest ich znacząco mniej). Czas poświęcam na lekturę, oglądanie filmów, rozmowy via GG. Czy po prostu włóczenie się to tu, to tam po najbliższej okolicy, gdy nie ma upałów.  Stosik książek do przeczytania i lista kolejnych, do zdobycia.  Trochę muzyki w tle.  Niby dużo czasu na wszystko, ale jednak lenistwo jest silne :]

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

[ X ] Moje miasta vol I

piątek, styczeń 30, 2009 at 21:42 (Obrazki z życia)

Wstęp

Miasteczko to jest niewielkie. Od roku mego urodzenia posiada prawa miejskie (acz chodzą słuchy, że korzystniej byłoby bez nich egzystować lat kilka lub naście). Burmistrz ostatnich dwóch kadencji zrobił jednak całkiem sporo.

Historia

Początki osady datowane na wiek XIII. Do II wojny światowej  własność prywatna w rękach szlacheckich. Od końca XIX wieku rozwój kolei, po wojnie Fabryka powstała. I tak rozwinęła się nowocześniejsza część Miasteczka, w której mam (nie)przyjemność zamieszkiwać.

Las

Spory teren zadrzewiony, niedaleko Miasteczka. Rzekoma siedziba kultów satanistycznych – autorka jednakże żadnych śladów owych kultów nie odnalazła. Na wyprawę pieszą rezerwować trzy godziny przynajmniej. Genialny zwłaszcza w zimowe przedpołudnie, gdy się zgubi ścieżkę ;)

Osiedle I

Położone na skarpie, skąd oficjalna nazwa. Dużo interesującej, rdzennej ludności. Jednakże ze względu na nierówności terenu zwiedzać nie polecam ;)

Osiedle II

Tu mieszkam. Młodsze od Osiedla I, sporo mieszkańców pracuje w Fabryce.  No i osiedle to ma księgarnię, kościół, inne obiekty nie będace w posiadaniu Osiedla I.

Ostatni Przyjazny Dom

Dom ów stoi tuż przy wyjeździe z Miasteczka, co czyni wyprawę do niego małą zagwozdką logistyczną. Miejsce wieczorków filmowoweekendowych. Można naładować akumulatory na cały tydzień, lub odstresować się po dniach minionych.

Szkoła

Tutaj chodziłam od drugiej klasy podstawówki do III klasy gimnazjum. Czas dziwny, acz potrzebny. Ludzie byli interesujący, z niektórymi spotykam się nadal na wieczorkach filmowych. Beztroskie czasy dziecięctwa.

Kompleks Rekreacyjno-Turystyczno-Sportowy

Kąpielisko, kort, stadion, scena, skate park, plac zabaw. Urocze miejsce acz rzadko bywam. Miejsce okolicznych festynów. Ale czasami urzeka spokojem i cichością, gdy pewnego zimowego wieczora się tam zajrzy ;)

Dworzec PKP z przyległościami

Okno na świat. Stąd się wyrusza w (nie)dalekie podróże transportem publicznym.  Tu się wraca. A na okolicznym przystanku czekam na busa, co zawiezie mnie do placówki edukacyjnej.

Dom Kultury

Tu znajduje się dla mnie serce Miasteczka – biblioteka. Czasem jakieś przedstawienie, film, wystawę. I zajęcia dla młodszych i starszych mieszkańców Miasteczka. Praktycznie jedyna rozrywka poza włóczeniem się po ulicach pogrążonych w mroku/śniegu.

Zakończenie

Miasteczko to niby taka zwyczajna mieścina gdzieś w południowo-wschodniej Polsce. Ale w sumie tu przeżyłam ciut ponad dziesięć lat żywota mego. Sentyment zawsze pozostanie.

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

[ VII ] Tragifarsa busowa jednoscenowa

poniedziałek, grudzień 15, 2008 at 22:36 (Obrazki z życia) (, , )

Uwaga:

Scena miała naprawdę miejsce. Acz opis dokładniejszy charakteru i kwestie mogą być nie w pełni dosłownie. Zawodna pamięć ludzka…

Osoby:

A – blondynek, wysoki dość, wygadany, szczery do bólu, nie przejmujący się niczym i nikim, lat około 17

B – czarnowłosy, zbliżonego wzrostu do A, mniej wygadany, rozsądniejszy (?), acz nie do końca, zdaje się od czasu do czasu przejawiać procesy quasimyślowe, lat około 17.

Ona – dziewczyna, związana z B, nic więcej nie wiem o tej personie

Scena I i ostatnia

A i B wsiadają do busa, widać, że nie do końca są świadomi tego, co wokół się dzieje na skutek zbyt dużego spożycia pewnych substancji. Rozsiadają się wygodnie na końcu busa, zmierzającego w stronę S.  Gadają o niczym, słuchają dość lekkiej muzyki współczesnej puszczanej z komórki A. Spokojnie poddają się ruchom pojazdu. Nagle dzwoni komórka osobnika B.

B (odbierając komórkę mówi do A)

Ona

(zaczyna rozmowę z Nią, do telefonu, lekko chwiejnym głosem zdradzającym stan osobniczy)

Ale nie piłem, kochanie.

(słucha)

Nie, nie piłem. Byłem z mamą na zakupach i wracam właśnie do S.

(chwilę jeszcze rozmawiają w podobnym tonie, ale Ona rozłącza się)

A

Nie kupiła?

B

Nie. ***

(po chwili przychodzi sms od Niej)

Zerwała. Zerwała ze mną.

A (starając się pocieszyć B)

Za dwie godziny jej przejdzie. Jeżeli nie, to załatwię ci inną.

B

Ale ją kocham.

(Po jakimś czasie oboje się wytaczają chwiejnym  krokiem z busa)

Komentarz N.:

Hm… Ciekawe, jakie będą ich losy. Czy B. się nawróci na dobą stronę mocy? Czy odzyska Ją? Czy A kiedyś zmądrzeje? O tym w następnym odcinku, któy ukaże się 32 maja 2035 roku. Dziękuję za uwagę.

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

[ VI ] Krakowska wyprawa, czyli Niko w wielkim mieście vol. 2

sobota, listopad 8, 2008 at 23:21 (Obrazki z życia) (, , , )

Jak sam tytuł wskazuje, dziś czas spędzałam w tym lekko zakorkowanym, magicznym, cudownym i uroczym Krakowie. Wyprawa ukierunkowana była raczej zakupowo: ja polowałam na książkę, rodzicielka na ciuchy i kosmetyki. Przy okazji miałyśmy zrobić ogólnospożywcze zakupy do domu. Tata miał załatwić coś na mieście i przyjechać po nas, więc nie musiałyśmy się martwić o transport naszych zakupów z Krakowa. Lecz zacznę może od początku.

Po półtoragodzinnej (korki) podróży zostałyśmy wysadzone tuż pod Galerią Krakowską i zostawione na pastwę zakupów. Mimo prób przeforsowania odwiedzin w Empiku jako pierwszego punktu naszej wyprawy musiałam zwiedzić wszelkie piętra GK i zajrzeć do kilku sklepów ciuchowych, w których i tak nic nie było. W końcu odnalazłyśmy Epik, a ja zaczęłam przeszukiwać półki w poszukiwaniu upatrzonej książki, by odnaleźć kilka(naście) egzemplarzy opatrzonych tytułem „Wampir Vittorio”. Z tomem w łapkach wypatrywałam w tłumie ludzi mej rodzicielki, gdyż to ona miała wszelkie fundusze przeznaczone na zakupy. Po nabyciu „Vittoria” udałyśmy się na dalsze zakupy. W międzyczasie obserwowałam mijających mnie ludzi. Cóż, nie ma chyba ciekawszego miejsca do obserwacji homo sapiens sapiens niż wielkie centrum handlowe w sobotnie długoweekendowe popołudnie, niemalże wieczór. Można było przebierać w płci, wieku, stylu ubierania się, zachowaniu i innych czynnikach. Nic, tylko obserwować, starać się odgadnąć charakter, zamierzenia, plany, marzenia… I prowadzić z ukrycia badania pseudosocjologiczne.Bo ludzie są ciekawym obiektem obserwacji i badań wszelakich.

Podsumowując: wyprawa zaliczona do udanych. Obserwacje poczynione, książka zakupiona. Ale dobrze też jest wrócić do siebie, do GG, własnej przestrzeni… :) Niech żyje Kraków.

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

[ IV ] Kielecka wyprawa, czyli Niko w wielkim (małym?) mieście…

niedziela, wrzesień 28, 2008 at 14:53 (Obrazki z życia) (, , )

Wiem, może Kielce niekoniecznie aspirują do miana metropolii czy ultranowoczesnego miasta, ale ważne powody pseudoedukacyjne spowodowały, iż w piątek spędziłam w tym obiekcie miejskim prawie cały dzień. Przy okazji odwiedziłam też rodziców taty, bedących od wielu, wielu lat obywatelami tego miasta, które także było świadkiem mego urodzenia.  Wróćmy jednak do owej historii.

Zbudzona o porze nieprzyzwoicie porannej (czytaj: kilkanaście minut po szóstej), po odprawieniu należnych rytuałów porannych zabrałam się z rodzicielem samochodem, gdyż jadąc do pracy miał mnie podrzucić do celu mej podróży. Małą niedogodnością było to, że jechał z nami mój obiekt bratopodobny, którego mieliśmy po drodze zostawić przed szkołą. Po jakiejś godzinie jazdy zostałam wysadzona na parking koło bloku zamieszkanego przez moich dziadków. Dotarcie na ósme piętro nie sprawiło kłopotów, gdyż winda okazała się całkiem sprawna i niezatłoczona. Po przywitaniu się i wyjaśnieniu, że tata nie wejdzie na górę, gdyż do pracy się spieszy, nastąpiła narada wojenna nad planem wydrukowanym przeze mnie przed wyjazdem.

Tego dnia w Kielcach odbywał się Kielecki Salon Maturzystów, więc po wybraniu interesujących pozycji z planu imprezy, przeanalizowaniu godzin, rozkładu sal i układu gwiazd zdecydowaliśmy się wyjść przed 9:00. Jako, że budynek Politechniki  Świętokrzyskiej, w której cały Salon miał się odbyć, położony jest niedaleko bloku dziadków, wybraliśmy się pieszo i na jakieś pół godziny przed planowanym pierwszym wykładem zostałam sama w budynku C PŚ. Pozostały mi czas wykorzystałam na rozejrzenie się po okolicy i zdobycie paru ulotek i gwizdka. Wreszcie rozpoczął się wykład – o maturze z matematyki. Później jakoś wydostałam się z budynku B i przeszłam do C, gdzie miała odbyć się reszta wykładów, na które zamierzałam pójść. Pierwsza była uroczysta inauguracja Salonu i prezentacje AŚ i dawnej Akademii Świętokrzyskiej (noszącej teraz nazwę Uniwersytetu Humanstyczno-Przyrodniczego. Potem wykłady z języka polskiego i języków obcych.  Po nich przemknęłam jeszcze szybko po budynku A, zwijając trochę ulotek Politechniki Krakowskiej. Wracając kupiłam w pobliskim sklepie potencjometr, o który zostałam poproszona przed wyjazdem.

Po zjedzeniu obiadu przyszedł czas na kolejną strategiczną wyprawę – zakupy w księgarni językowej. Zrezygnowaliśmy z samochodu, gdyż z przyczyny zamknięcia jednej z ulic na czas remontu pojawiły się korki i koreczki, skutecznie utrudniające jazdę własnym samochodem po mieście. A drobny spacerek nie powinien zaszkodzić… Więc wyposażeni w bilety komunikacji miejskiej wybraliśmy się na przystanek. Wsiedliśmy do pierwszego nadjeżdżającego autobusu zmierzającego w przybliżeniu w stronę księgarni. Po dwóch przystankach czas było wysiąść i resztę drogi przebyć pieszo. Mogłam też na własne oczy się przekonać, że poruszanie się po mieście połączeniem transportu zbiorowego i własnych nóg jest znacznie korzystniejsze niż przejeżdżanie przez centrum własnym pojazdem silnikowym.  Wystarczył sam widok korków, zwłaszcza w okolicach sygnalizacji świetlnej. A pogoda była wprost zachęcająca do spacerów – chłodno, ale słonecznie i bezdeszczowo. Po udanym zakupie czas był wracać, by poczekać, aż znajdzie się transport do mego miasteczka.

W końcu wybiło kilka minut po siedemnastej i zostałam od dziadków odebrana i rozsiadając się wygodnie na siedzeniu pasażera pomknęłam do domu. Na szczęście przez miasto prawie nie przejeżdżaliśmy i gdy już zmierzchało zjawiłam się w swym pokoju, wspominając wyprawę minionego dnia.

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy