[ IV ] Kielecka wyprawa, czyli Niko w wielkim (małym?) mieście…
Wiem, może Kielce niekoniecznie aspirują do miana metropolii czy ultranowoczesnego miasta, ale ważne powody pseudoedukacyjne spowodowały, iż w piątek spędziłam w tym obiekcie miejskim prawie cały dzień. Przy okazji odwiedziłam też rodziców taty, bedących od wielu, wielu lat obywatelami tego miasta, które także było świadkiem mego urodzenia. Wróćmy jednak do owej historii.
Zbudzona o porze nieprzyzwoicie porannej (czytaj: kilkanaście minut po szóstej), po odprawieniu należnych rytuałów porannych zabrałam się z rodzicielem samochodem, gdyż jadąc do pracy miał mnie podrzucić do celu mej podróży. Małą niedogodnością było to, że jechał z nami mój obiekt bratopodobny, którego mieliśmy po drodze zostawić przed szkołą. Po jakiejś godzinie jazdy zostałam wysadzona na parking koło bloku zamieszkanego przez moich dziadków. Dotarcie na ósme piętro nie sprawiło kłopotów, gdyż winda okazała się całkiem sprawna i niezatłoczona. Po przywitaniu się i wyjaśnieniu, że tata nie wejdzie na górę, gdyż do pracy się spieszy, nastąpiła narada wojenna nad planem wydrukowanym przeze mnie przed wyjazdem.
Tego dnia w Kielcach odbywał się Kielecki Salon Maturzystów, więc po wybraniu interesujących pozycji z planu imprezy, przeanalizowaniu godzin, rozkładu sal i układu gwiazd zdecydowaliśmy się wyjść przed 9:00. Jako, że budynek Politechniki Świętokrzyskiej, w której cały Salon miał się odbyć, położony jest niedaleko bloku dziadków, wybraliśmy się pieszo i na jakieś pół godziny przed planowanym pierwszym wykładem zostałam sama w budynku C PŚ. Pozostały mi czas wykorzystałam na rozejrzenie się po okolicy i zdobycie paru ulotek i gwizdka. Wreszcie rozpoczął się wykład – o maturze z matematyki. Później jakoś wydostałam się z budynku B i przeszłam do C, gdzie miała odbyć się reszta wykładów, na które zamierzałam pójść. Pierwsza była uroczysta inauguracja Salonu i prezentacje AŚ i dawnej Akademii Świętokrzyskiej (noszącej teraz nazwę Uniwersytetu Humanstyczno-Przyrodniczego. Potem wykłady z języka polskiego i języków obcych. Po nich przemknęłam jeszcze szybko po budynku A, zwijając trochę ulotek Politechniki Krakowskiej. Wracając kupiłam w pobliskim sklepie potencjometr, o który zostałam poproszona przed wyjazdem.
Po zjedzeniu obiadu przyszedł czas na kolejną strategiczną wyprawę – zakupy w księgarni językowej. Zrezygnowaliśmy z samochodu, gdyż z przyczyny zamknięcia jednej z ulic na czas remontu pojawiły się korki i koreczki, skutecznie utrudniające jazdę własnym samochodem po mieście. A drobny spacerek nie powinien zaszkodzić… Więc wyposażeni w bilety komunikacji miejskiej wybraliśmy się na przystanek. Wsiedliśmy do pierwszego nadjeżdżającego autobusu zmierzającego w przybliżeniu w stronę księgarni. Po dwóch przystankach czas było wysiąść i resztę drogi przebyć pieszo. Mogłam też na własne oczy się przekonać, że poruszanie się po mieście połączeniem transportu zbiorowego i własnych nóg jest znacznie korzystniejsze niż przejeżdżanie przez centrum własnym pojazdem silnikowym. Wystarczył sam widok korków, zwłaszcza w okolicach sygnalizacji świetlnej. A pogoda była wprost zachęcająca do spacerów – chłodno, ale słonecznie i bezdeszczowo. Po udanym zakupie czas był wracać, by poczekać, aż znajdzie się transport do mego miasteczka.
W końcu wybiło kilka minut po siedemnastej i zostałam od dziadków odebrana i rozsiadając się wygodnie na siedzeniu pasażera pomknęłam do domu. Na szczęście przez miasto prawie nie przejeżdżaliśmy i gdy już zmierzchało zjawiłam się w swym pokoju, wspominając wyprawę minionego dnia.
[ III ] Un bon jour
Tak. Dzisiaj był dobry dzień. Tak dobry, jaki nie zdarzył się od kilkunastu miesięcy. Nie wiem, czy było to zapisane w gwiazdach, czy jakiś zbieg okoliczności wraz z baronem Przypadkiem tu zadziałał, ale dla takich dni warto żyć. Jeśli chcecie, to posłuchajcie.
Pobudka jak zwykle o szóstej. Śniadanie i wielka radość – można jeszcze wrócić do ciepłego i wygodnego łóżka. Słuchanie jak reszta rodzinki się zbiera do szkoły/pracy. Wreszcie, gdy wszyscy wyszli można było powoli i leniwie wstać, przywitać się ze świnką morską i zacząć myśleć o normalnych porannych czynnościach, które przygotować miały mnie do szkoły. Wszystko przy akompaniamencie ukochanej muzyki. Tak mógłby wyglądać każdy ranek.
Pół godziny do dziewiątej. Pora wyjść z domu, by spokojnym krokiem dojść na dworzec PKP. Pierwszy raz od tygodni wychodząc do szkoły widzę słońce. Po prostu cudowny widok. A pani w kasie biletowej nadzwyczaj miła. Dziesięć minut obserwowania ludności zgromadzonej na peronie. Wreszcie nadjeżdża pociąg, wcale nie opóźniony. Nim kwadrans upłynie,będę już w Jędrzejowie, by pomaszerować do szkoły. Tylko na trzy godzinki.
Pierwsza mija pod znakiem lektury. Nie ma to jak brać sobie coś do czytania do szkoły. Prawie kończę “Opowieść Artura Gordona Pryma z Nantucket” z II tomu opowiadań Poego, do czego wybitnie przyczyniło się spędzenie całych czterdziestu pięciu minut na lekturze. Druga to lekcja języka francuskiego. A przed nią spotkanie prawie całej sędziszowskiej paczki z “Reja”. I ganianie po szkole w poszukiwaniu brata. Nie ma to jak przebiec dwa piętra w dół, złapać go, wytłumaczyć, że ma mój zeszyt i poczekać, aż go znajdzie i odda. No i wrócić na swoje piętro. Codzienna dawka wrażeń. Kolejna z lekcji była sensem dzisiejszego pobytu w szkole. Matematyka. Ale z boskim zeszytem do owego przedmiotu nawet nauczycielka, pani profesor K., nie jest straszna. I udało mi się uniknąć pójścia do tablicy. Sukces.
Wreszcie jesteśmy wolni. Nie dość, że koniec lekcji na dzisiaj, to jeszcze rozpoczął się tak upragniony weekend. Przed drugą byłam już w domu. A reszta boskiego dnia minęła mi na katowaniu rodzinki moją grą na gitarze, siedzeniu na GG i ogólnym nie robieniu niczego. W końcu trzeba odpocząć po trudach całego tygodnia. A wolę nie wspominać, co będzie w przyszłym, w którym oceny biednym dzieciaczkom trzeba powystawiać. Przeżyjemy. Eh, optymizm jest zaraźliwy
[ II ] Nocny świat…
Na mój zew chłoń nocy smak
Tylko w nocy zatracisz duszę
Przeklnij ze mną słońca blask
Pragnień twych nic już nie zagłuszy
Uwierz mi i uwierz w noc
Tylko nocą odkryjesz prawdę
Sny wstydliwe skryje mrok
Z marzeń nikt cię tu nie okradnie….
["Carpe Noctem" - Taniec Wampirów]
Uwielbiam noc. Koło 20, 21 dopiero staję się zdatna do funkcjonowania w społeczeństwie. Nie ma to jak siedzieć we własnym pokoju późną nocą, słuchać nastrojowej muzyki, czytać czy prowadzić dyskusje o zabarwieniu filozoficznym na GG. Nocą o wiele lepiej mi się myśli, niż za dnia.
Noc jest moim zdaniem przyjemniejszą porą dnia. Cały zgiełk codzienności ma się już za sobą, w mieszkaniu cisza, spokój, telefon nie dzwoni, na GG niewiele osób. Można zatopić się we własnych myślach, marzeniach. Najlepsze pomysły przychodzą mi właśnie po zapadnięciu zmroku. Niestety szkoła i współczesny system prawny nie szanuje tego, że najchętniej noce przeznaczałabym na pracę, a odsypiała to w dzień.
Kilka razy zdarzyło mi się wracać ulicami mego miasta w okolicach północy. Uwielbiam to uczucie. Księżyc świeci prosto w oczy, na ulicach pustki, a wokół ciemność. Niestety, takie wędrówki bywają niebezpieczne. Ehhhh
Nocą najlepiej się czyta. Nastrojowe światło lampki, ulubiona muzyka, ukochany fotel i dobra książka w ręku. Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko dobrej herbaty i własnoręcznie wypieczonych pierniczków.
[ I ] “Na początku…”
No to zaczynamy. Początki podobno są trudne. Według niektórych nawet bardzo. Trudno. Nie zrażając się tymi opiniami z tą oto chwilą zaczynam prowadzić swój blog na wordpress.com. Co prawda mam jeszcze jednego bloga, którego nie zamierzam na chwilę obecną kasować. Pożyjemy- zobaczymy, czy zostanę tutaj, czy wrócę na blog4u. A na razie musicie męczyć się, czytając moje wypociny. Powodzenia